Reklama

Czy zwierzęta są „mądre”?

Panujące upały jakoś nie sprzyjają przesiadywaniu nad klawiaturą, ale życie nie składa się z samych przyjemności, więc każdy kto żyje, używa swojego mózgu w sposób najlepszy jak potrafi i niekoniecznie dla samej laby. Stwierdzenie takie w całej pełni odnosi się jednak tylko... do zwierząt! które, ponoć mądre nie są, bo kierują się jakoby tylko instynktem przetrwania, a nie np. wyższą matematyką. W mniejszym natomiast - do nas mądrych (?) ludzi, bo my, pomimo niewątpliwego potencjału intelektualnego, jakim jesteśmy obdarzeni, często działamy na przekór wszelkiej logice i z tego względu, trudno nazwać nasz gatunek „mądrym”.

Pojęcia „matematyki niższej” co prawda nie znam, ale czasem się zastanawiam, czy nasi przysłowiowi bracia mniejsi, są np. całkowicie pozbawieni zdolności liczenia do dziesięciu. Ostatnio pisałem tutaj o solidarności zwierząt, a przykład dotyczył stosunku dwóch równorzędnych osobników, czyli, że nie był to układ np. matka i jej potomstwo, ale na użytek postawionej tutaj tezy nie wydaje się w ogóle ważne to, jaki kogo łączy stosunek, mówimy tutaj bowiem o przykładach zachowań nacechowanych jakimś pozytywnym „mózgowaniem”. Podam teraz trzy takie przykłady, gdzie działanie matek opiekujących się swoimi dziećmi może być przykładem „racjonalnego myślenia”.

Działo się to w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a wiec dość dawno temu. mój starszy brat - który już wtedy polował, dojeżdżał do pracy motorem. Droga na pewnym odcinku przebiegała przez las, a nad ścieżką przebiegającą obok szutrowej wtedy drogi, rosły tzw. akacje (robinia grochodrzew), które to drzewa jak wiadomo posiadają niezłe kolce. Pech chciał, że brat „złapał gumę” i przystąpił do polowej naprawy swojego pojazdu.

Był majowy poranek, więc było już zupełnie widno, gdy pechowego kierowcę zaintrygował ciekawy widoczek. Oto, w poprzek piaszczystej drogi kroczył borsuk, z pewnością była to powracająca do domu mamusia, bo za nią w karnym szeregu kroczyły jej pociechy. Cel wędrówki tego towarzystwa był bratu doskonale znany, bo w odległości jakichś trzystu metrów od drogi znajdowała się stara żwirownia, w której urządzaliśmy strzelania sportowe, a obok, na urwisku, borsuki miały swoją rezydencję. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy w pewnej chwili usłyszał jakieś szmery od strony, gdzie zniknęły sympatyczne zwierzątka i jego oczom ukazał się... „inny” borsuk podążający dokładnie śladem niedawnych wędrowców, lecz w przeciwnym kierunku.

Cóż, w lesie może się zdarzyć „wszystko”, więc spokojnie zajął się swoja robotą, gdy... ponownie ujrzał borsuka! Człowiek (czy tylko on?) posiada zdolność logicznego myślenia, więc sytuacja stała się jasna. Oto za podążającym do domu borsukiem... kroczył jeszcze jeden mały brzdąc, którego najwidoczniej matka nie doliczyła się w domu! Czy więc zwierzęta są „głupie”? Odpowiedź na takie pytanie nie jest prosta, bo widziałem i takie zachowania, ale to odrębny temat i poruszymy go innym razem.

Przykład drugi jest dobrze znany i jak się to mówi – oklepany, ale z pewnością nie każdy go sam przeżył. Byłem wtedy młodym szczylem... mieszkaliśmy opodal małej rzeczki, która zazwyczaj sunęła sobie spokojnie przez torfiastą dolinę. Zdarzało się jednak, że podczas większych opadów zamykano odległą o 3 kilometry tamę i dolina zamieniała się w improwizowany zbiornik retencyjny. Była ciepła wiosna, a rozlana szeroko woda zachęcała do spaceru nad jej brzeg, nudził się też bardzo nasz wyżeł Nero, którego woda była drugim żywiołem, bo pewnie w poprzednim wcieleniu był wydrą, albo też piżmakiem i kąpać się uwielbiał pasjami. Był zresztą psem bardzo wszechstronnym i legendą tamtych lat w okolicy, ale miał też jedną wadę. Był pasjonatem polowania i zainteresowanie wszystkim co zdołał ułowić swoim nosem, miało zdecydowaną preferencję nad posłuchem swojemu panu.

Oczywiście, kiedy zbliżyliśmy się do rozległego „jeziora”, którego dno sięgało zaledwie kolan, Neruś z miejsca się w nim zanurzył i korzystając z tak wspaniałej atrakcji, latał po tym kąpielisku jak szalony. Rzecz jasna, że taki zalew nie był jednorodną zazwyczaj łąką i np. w jednym miejscu, gdzie kiedyś wybierano torf, porastały go wonne tataraki, w których – jak się okazało, przebywała ze swymi dziećmi mama krzyżówka.

Oczywiście, że Neruś nie przegapił takiej okazji, a mnie ogarnęła wtedy rozpacz czarna. Oto troskliwa mama wystartowała z zarośli jakby była doświadczona chorobą św, Wita i wrzeszcząc w niebogłosy tarzała się w płytkiej wodzie trzepiąc skrzydłami, odciągała głupiego psa od swoich dzieci. Darłem się w niebogłosy, usiłując odwołać Nerusia od tej nieszkodliwej w gruncie rzeczy zbrodni, ale oczywiście jemu sukces wydawał się tak bliski, że o żadnej rezygnacji z pościgu ani myślał.

Kaczka pozwalała mu zbliżyć się do siebie, a następnie doskonale grając swoją komedię, znowu odskakiwała o kilka metrów wywijając w wodzie zabawne młyńce. Żal mi było nie tyle kaczki, o której los byłem spokojny, co psa, który nie wszędzie mógł się poruszać pieszo i po kilkuset metrach takiego pościgu, musiał być bardzo wyczerpany, ale nie odpuszczał. Wreszcie kacza mama uznała, że jej dzieciom już nic nie zagraża, wystartowała więc z toni i niskim koszącym lotem zapadła w trzciny gdzie pozostawiła swoje pociechy. Neruś wrócił wkrótce i to z wyraźnym poczuciem winy, bo on miał zazwyczaj z kaczkami inne układy. No cóż, bywa i tak.

Przykład trzeci. Jakiś miesiąc temu wybrałem się z Pusiem w koszyczku na rowerowy spacer po lesie. Nieopodal naszej myśliwskiej chałupy, zobaczyłem trzy spacerujące po trakcie którym jechałem żurawie. Najwidoczniej było to „małżeństwo” z dzieckiem. Malec był wielkości bażanta, oczywiście nie licząc stosownych swemu gatunkowi nóg. Jechałem bardzo wolno licząc, że ptaki po prostu zejdą gdzieś w bok i będzie po sprawie, stało się jednak inaczej. Kiedy pomimo tego że ptaki uchodziły, zbliżyłem się do nich na jakieś 100 m., jeden z nich, pewnie tatuś, wystartował w przestworza i odleciał, drugi zaś dorosły osobnik, rzeczywiście skręcił w prawo i zniknął w gęstym młodym lesie. Pomyślałem sobie, że jest po sprawie, a droga wolna, ale nieoczekiwanie stało się inaczej.

Oto przed moim pojazdem ukazał się dorosły żuraw, który niedawno schował się w zaroślach i głośno „grucząc” przeszedł na lewą stronę drogi, gdzie las był rzadki i wyniosły, a zresztą wąski, bo był tylko pasem dorodnych sosen oddzielającym drogę od naszego pola na którym posiano kukurydzę. Tam też, klucząc i nawołując, chciał najwidoczniej sprowadzić swego „prześladowcę”. Cóż, zrobiło mi się trochę wstyd, że zakłóciłem rodzinną sielankę państwa żurawi, ale przecież żadnej złej woli do nich nie miałem i wkrótce pewnie one o tym zapomniały, ja - jak widać - nie.

I na koniec coś o samym Pusiu, który, jak się wydaje, potrafi liczyć do czterech, a kupę to zawsze robi schodząc ze ścieżki, taka mądra bestia! Otóż, kiedy wracamy z porannego spaceru i udajemy się do łazienki, aby umyć brudne łapy (czego on bardzo nie lubi, ale sam się tam stawia do zabiegu) to, chociaż - jak zaznaczyłem, bardzo się irytuje moczeniem łap w małym pojemniczku, nigdy nie usiłuje się oddalić zanim ostatnia, czwarta łapa nie zostanie wykąpana z błota. Może umie liczyć do czterech? Któż to wie?


Stary borsuk. Sz. Kropaczewski
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    jerzy14z4 2012-07-20 11:40:52

    Witam Szanownego Kolegę. Skoro Kolega wyjawił jaką pełnił funkcję w kole to czuję się w obowiązku także przedstawić i siebie. Jestem oczywiście na pełnej emeryturze już od maja 2008 roku, na którą przeszedłem 5 lat wcześniej, skorzystałem po prostu z przywileju jaki mi przysługiwał z racji posiadania stałej II grupu inwalidzkiej. W kole pełnię funkcję łowczego od roku 1985 do chwili obecnej. Dociągnę jeszcze ten rok gospodarczy do końca i złożę funkcję w młodsze i sprawniejsze ręce. Zdrowie już na to i nie pozwala, aby obciążać się dodatkowymi obowiązkami. Aby nie zwariować mam w zanadrzu jeszcze i inne, lżejsze i spokojniejsze hobby, jak wędkarstwo, działka, bardziej intensywnie zajmę się fotografią. Trochę zagalapowałem się z zającem i lisem, a powinniśmy właściewie rozmawiać o mądrych zwierzętach, czy takie są i czy zwierzęta myślą ? Obserwując przez wiele lat zachowanie zwierząt tak domowych jak i dzikich, jestem w 100 % przekonany, że te istoty tak samo jak człowiek myślą, czują, przeżywają. To człowiek, nikt inny, stworzył takie wybrażenie, że tylko on jest istotą, która posługuje się rozumem, czuje i myśli. To nikt inny, tylko człowiek zawłaszczył sobie prawo do pierwszeństwa i rządzenia wszystkim. Zapomniał jednak o tym, że to właściwie zwierzęta pierwsze pojawiły się na tym świecie, że to one kształtowały cały byt na ziemi. Człowiek za daleko posunął się uważając siebie za istotę stojącą ponad wszystkim i ze zwykłej magalomani nie dopuszcza do tego aby uznać, że inne istoty żyjące obok nas czują, przeżywają, a także myślą. W tym sowim reprtarzu bardzo precyzujnie pokazuje Kolega takie właśnie zachowanie zwierzaków leśnych. Każdy, kto choć trochę potrafi obserwować naturę i wyciągać odpowiednie wnioski zauważy, że wszelkie życie jakie wokół nas jest, to nie tylko to co się rusza, wydaje dźwięki, przemieszcza się, ale to coś więcej, to jest coś, co ma jakiś konkretny sens i cel. Pozdrawiam serdecznie i życzę ciągłej poprawy zdrowia. „Darz Bór” - Jerzy Zembroń

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Stary borsuk 2012-07-18 17:31:26

    Szanowny Kolego! Bardzo dziękuję za cierpliwość i miłe słowa, ale wracajmy do naszych baranów jak mawiają Francuzi. Istotnie, problem ten nie jest mi obcy. Jeden z naszych obwodów graniczy z byłym OHZetem, zmiana nastąpiła całkiem nie dawno, gdy ośrodek zlikwidowano i jest to istotnie pewien problem. Otóż ja nie poluję od 10 lat, ale do końca swojej aktywności pełniłem w kole, pełniłem funkcję skarbnika, a premiowanie czy też karanie w lisiej kwestii wygląda u nas tak, że każdy ma obowiązek skasować przynajmniej dwa, inaczej to płaci dwie stówy ekwiwalentu. Ja polować przestałem, bo po udarze móżdżku długi czas chodziłem jak bym był w stanie wskazującym, a lekarz mi odradził zarówno polowanie jak i jazdę samochodem, teraz zaliczyłem drugi udar, na szczęście lżejszy. Do lasu mam z trzysta metrów i bywam w nim prawie co dzień, inaczej to bym pewnie zwariował bo jestem już na emeryturze, a w mundur to niestety ale się nie mogę już zmieścić, uszyty był w latach 80 tych i pewnie mnie w nim zakopią, bo chyba na starość schudnę. Życzę zdrowia i Darz bór Kolego! Stary borsuk Szczepan Kropaczewski

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    jerzy14z4 2012-07-18 15:24:58

    Witam Szanownego Kolegę !!! Z ostatnich informacji widzę, że jesteśmy równolatkami jeżeli chodzi o staż łowiecki. Ja wstąpiłem do PZŁ także w roku 1970, jak już wcześniej pisałem, ale w dniu 1 października. Poluję nadal, jednak już nie tak intensywnie jak kiedyś. Mam za sobą również przejścia zdrowotne, ale związane z sercem, jestem po 2-ch zawałach mięśnia sercowego. Mimo tego jestem w "japońskiej" czyli < jako takiej > kondycji i jeszcze od czasu do czasu wypuszczam się do łowiska aby przynajmniej posiedzieć na świeżym powietrzu i popatrzeć co się tam dzieje. Nie jestem zaskoczony, że zdziwił się Kolega naszym lisim problemem. W zupełności zgadzam się z Kolegą, że jest sporo sposobów na to aby w znaczącym stopniu zredukować jego ilość. Problem jednak leży w tym, że konkretny efekt będzie dopiero wtedy, jak będą to robiły wszystkie sąsiadujące ze sobą koła, a które jednak, w naszym wypadku, nie za bardzo kwapią się do odstrzału mykity. Zgadzam się także ze spostrzeżeniem, że gdyby nie było zmiany mody, egzystencja lisa byłaby bardzo poważnie zagrożona. Sąsiadujące z nami koła łowieckie mają w swoim władaniu, oprócz terenów polnych, także i duże obwody leśne, i nie bardzo kwapią się do poświęcania większej uwagi, aby radykalnie zmniejszyć liczbę panoszącego się lisa. Są raczej zajęci pilnowaniem pozyskania zwierzyny grubej bo z tego mają konkretne korzyści, które pomagają im w utrzymaniu się. Co z tego, że my ciągle "czyścimy" teren jak za 3 - 4 tygodnie mamy już nowych lisich osiedleńców, którzy przychodzą do nas z sąsiednich obwodów. W ostatnim okresie zaczęliśmy poświęcać więcej uwagi na strefy przygraniczne obwodów i staramy się nie dopuszczać do zasiedlania nowych przybyszy, co praktycznie nie jest realne w 100 %. Jak już wcześniej pisałem jest to praca żmudna i wymagająca stałej kontroli łowiska, ale jakieś efekty są już widoczne. Dla większej motywacji w przeprowadzeniu eksterminacji lisa, co roku od 1 września do końca sezonu, organizujemy intensywne polowania na tego drapieżnika. Zaś każdy myśliwy, który indywidualnie odstrzeli 5 lisów, lub 2 jenoty, i to udowodni okazując tusze w punktach zgłoszeń lub łowczemu, dostaje w prezencie od koła paczkę amunicji do broni gładkolufowej. I tu w trakcie naszej wymiany poglądów podsunął Kolega myśl o wprowadzeniu identycznej zachęty do przydziału amunicji do broni kulowej, co powinno przynieść konkretne efekty. Serdecznie dziękuję za wymianę myśli. Życzę znacznej poprawy zdrowia, życzę także aby ono utrzymaywało się na takim poziomie, żeby Kolega jeszcze mógł nie jeden raz udać się do ukochanej kniei i ciągle pisząc, służył nam radami w swoich bardzo ciekawych artykułach i w korespondencji jaką mamy na tym forum. Serdecznie pozdrawiam Jerzy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama