Reklama

Niemiecka amunicja bez prochu i łowy

Pasję łowiecką rozwijałem w sobie wraz z pogłębianiem wiedzy o Posokowcach Bawarskich. Nie chcąc mieć kanapowca w domu, pochłaniałem wiedzę o psach i ich szkoleniu. Ponieważ las i przyroda zawsze były mi bliskie, była i jest to sama przyjemność uczyć się o tym. Dzięki posokowcowi poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi często się spotykałem przy okazji szkoleń, warsztatów, konkursów i wystaw.

Po 3 latach nauki zostałem właścicielem kolejnego psa, również posokowca, tym razem z zacnej hodowli HAZBA. Właśnie w tym czasie poznałem także swoją żonę i jej ojca. Tata jest myśliwym, więc naturalnym się stało, że został moim opiekunem stażu. Czas mijał, staż skończyłem, zdałem egzaminy i otrzymałem pozwolenie na broń. Nie mając własnej jednostki, udając się na swoje pierwsze samodzielne polowanie pożyczyłem od teścia piękną kniejówkę.

Broń ta jest wykonana przez rusznikarza na zamówienie jednostką. Lufę kulową w kalibrze 5,6x50 ma umieszczoną u góry, a pod nią znajduje się gładkolufowa 12/70. Lufy oczywiście pływające. Całość w ładnej orzechowej osadzie. Na broni znajduje się luneta 6x42. Zabrałem psa i pojechałem, był grudzień 2011 roku. Kaliber broni warunkował polowanie, więc postanowiłem zasiąść na ambonie i wyczekiwać saren. W odstrzale widniały dziki oraz sarny kozy i koźlaki.

Jako miejsce polowania wybrałem rewir zwany Milewo pola, teren dość płaski ze zbiornikiem wodnym, cały porośnięty oziminą, typowy morenowy teren borów tucholskich. Zasiadłem na ambonie, po godzinie oczekiwania widzę w lornetce, ponad 300 metrów lewo skos wyszła siuta z dwoma koźlakami.

Szybka decyzja, widząc kierunek marszu matki, postanawiam zejść z ambony i spróbować podchodu. Pomału, uważając na każdy krok, zbliżam się do nich. Sarna czujna, co chwilę rozgląda się. Łapie wiatr i węszy, na szczęście jestem dokładnie pod wiatr, więc nie ma szans, aby mnie wyczuła. Młode z siutą nikną mi za wzniesieniem, jestem 200 metrów od nich. Już wiem, że gdy wyjdę na szczyt, muszę je szybko zlokalizować i wybrać cel. Podchodzę na górę i widzę w lornetce mój rudel. Decyduję, że strzelam do drugiego koźlaka, który jest wyraźnie mniejszy od tego znajdującego się bliżej matki.

Rozstawiam podpórkę, układam broń, celuję, odbezpieczam i strzelam, w lunecie widzę, że cała trójka odskakuje. Biorę lornetkę i patrzę. Niestety, strzał chybiony. Myślę, prawo początkującego, św. Hubert pokazał mi różnicę między strzelaniem na strzelnicy a w terenie.

Przeładowuję broń i ponawiam podchód. Znów się zbliżam, jestem na odległość strzału, rozstawiam podpórkę i składam się do strzału, celuję, naciskam spust i - i tym razem nic. Słyszę tylko, jak iglica uderza w spłonkę. Po tej próbie dzwonię to taty i informuję, co się stało. Zabieram swoje rzeczy i wracam do „Ostoi”, bo tak nazywa się nasz domek myśliwski.

Następnego dnia decyduję się zmienić miejsce i wybieram się na okulary, rewir z charakterystycznymi zbiornikami wodnymi wyglądającymi jak „lenonki” z lotu ptaka. Zasiadam na ambonie i wypatruję.

Po długim oczekiwaniu rudle zaczynają swoje przegrupowanie na polach. Tym razem są liczniejsze. Wybieram cel w lornetce, biorę broń, składam się i odbezpieczam, celuję, naciskam spust i, i znów nic tylko iglica bijąca w spłonkę. Teraz już wiem, że nie ma co próbować, tylko wracać do domu i oddać broń rusznikarzowi. Konsultacja z tatą i wspólne twierdzenie, że to musi być problem z iglicą.

Po powrocie do domu opowiadam raz jeszcze tacie swoją przygodę i razem decydujemy wybrać się do rusznikarza, twórcy tej broni, aby ją obejrzał. Zrobiliśmy jak mówiliśmy i odwiedziliśmy znajomego rusznikarza. Fachowiec obejrzał broń i delikatnie podregulował iglicę. Jednak poprosił także o używaną amunicję. Pokazaliśmy mu niewypały. On zdjął kulę i przewrócił łuskę. Jakie było nasze zdziwienie, gdy ze środka nie wysypał się proch. Widząc to pokazaliśmy mu resztę amunicji (zaznaczę, że było to nowe opakowanie dobrej niemieckiej amunicji). Okazało się, że ponad połowa sztuk miała bądź brak prochu bądź niewystarczającą jego ilość.

Stało się jasne, że koźlak uszedł nie przez mój błąd, ale przez złą amunicję. Przynajmniej tak sobie to tłumaczę. Pokazuje to jak ważne jest, aby sprawdzać przewód lufy przed każdym załadowanie broni. Pytanie, co by było, gdybym tego nie zrobił, a kula wystrzelona poprzez niewystarczającą ilość prochu pozostałaby w lufie?

Do dziś pozostaje pytanie, jak producent mógł wypuścić taką ilość złych naboi, skoro twierdzi, że każda sztuka jest sprawdzana jakościowo po produkcji? Sprawa skończyła się wymianą paczki na nową, tym razem już z prochem i przeprosinami producenta.

Cały czas używamy amunicji tego producenta i mimo tej przygody uważamy ją za godną polecenia. Ja mam już własną jednostkę broni kulowej w większym kalibrze 30-06 i marzę o takiej kniejówce jak ta, z którą mimo wszystko miałem przyjemność polować.
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    siwczuk 2012-11-27 07:02:30

    I to właśnie było celem opowiadania, pokazanie jak ważne są zasady obchodzenia się z bronią i jak istotne jest aby je przestrzegać. Darz Bór

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    anna-suminska 2012-11-26 23:45:01

    Zawsze używałam czeskiej amunicji - nie było nigdy problemów. Natomiast b. ważny szczegół z artykułu - spojrzenie w światło lufy przed załadowaniem powinno być jak nieodzowny rytuał! Niezależnie, czy kula czy śrut - po śrutowym naboju, zdarzało się - została przybitka - efekt wiadomy!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    koser 2012-11-22 06:54:39

    Zajrzałem na podane przez Kolegę forum o posokowcach. Trochę dziwne. Tam psy się przedstawiają i piszą w pierwszej osobie. Każdy ma swoje zdjęcie w niku. Ja mam te pieski około 15 lat i coś tam wiem o nich, a one o mnie. Na forum nawet administrator ma taką przypalaną kufę. Trochę dziwna konwencja. Sam nie wiem.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama